język | wybór strony | Przewodnik po Muzeum | Wstęp do Muzeum | Sale Muzealne | nowości | biblioteka | filmoteka | fonoteka | wspomnienia

forum | księga gości | o galerii | o właścicielu galerii | linki | logowanie | kontakt | tło muzyczne


« powrót
„Hommage à Beksinski” („W hołdzie Beksińskiemu”) film Bogdana Dziworskiego. 1985

Drogi Gościu,

Zanim obejrzysz film „Hommage à Beksinski”, którego jestem producentem, a który za moje prywatne fundusze nakręcił niejaki Bogdan Dziworski, polski reżyser filmów krótkometrażowych, wielokrotnie nagrodzonych na wielu konkursach międzynarodowych, chciałbym dostarczyć Ci kilka informacji.

Film ten miał towarzyszyć pierwszej wystawie prac Beksińskiego jaką zorganizowałem w Paryżu, w galerii „Valmay”, w październiku 1985 roku.

Był on robiony przez Dziworskiego częściowo w Polsce, bez mej obecności, a częściowo w Paryżu, bo tu u mnie w domu znajdowały się obrazy Beksińskiego. W żadnym momencie nie wtrącałem się do procesu tworzenia filmu całkowicie zdając się na Dziworskiego, o którym w filmowym świecie panowała opinia wybitnego reżysera filmów krótkometrażowych.

Po nakręceniu i wywołaniu taśmy (eastman color 35 mm) we Francji, film był pokazywany podczas wystawy na dwóch telewizorach w samej galerii, a prócz tego wyświetlany był non stop przez trzy tygodnie trwania wystawy w wynajętej przeze mnie sali kinowej, znajdującej się niedaleko galerii.

W rok później, w 1986, był on wyselekcjonowany spośród 300 kandydujących jako jeden z dziesięciu krótkometrażowych filmów, które zostały pokazane na Festiwalu w Cannes, w ramach konkursu „Perspectives du cinéma français”. Lecz nie dostał nagrody.

Próbowałem go następnie sprzedać rożnym stacjom telewizyjnym na świecie, lecz tylko telewizja norweska (czy szwedzka? już nie pamiętam) kupiła go za symboliczną sumę 1000 dolarów (produkcja filmu kosztowała mnie około 50 tysięcy dolarów i wraz z innymi wydatkami na wystawę wpędziła mnie w poważne problemy finansowe).

Od tego czasu film był chyba raz pokazywany w telewizji polskiej (w programie edukacyjnym) i chyba w 2000 roku, przez kilkanaście dni, w małej sali kina „Rejs”, w Warszawie. Po czym sprzedałem go polskiej telewizji za 100 złotych (25 dolarów).

A teraz, przed obejrzeniem go, radzę Ci Gościu, przeczytać kilkanaście stron korespondencji, jaką na jego temat wymieniliśmy z Beksińskim, a które pozwolą Ci zrozumieć co każdy z nas o filmie myślał zaraz po obejrzeniu go. Nasze opinie nie zmieniły się zresztą mimo upływu lat i jeszcze przed samą śmiercią Beksińskiego mieliśmy okazję powrócić do tego tematu, by zorientować się, że każdy z nas pozostaje na swoich, tych samych pozycjach.

***

Warszawa 27.10.85.

Drogi Piotrze!

Mam nadzieję, że możemy nareszcie przejść na formę mniej ceremonialną, a ponieważ nie da się ukryć, że z wieku do mnie należy początek, to pozwalam sobie go niniejszym zainicjować, wracając po dłuższej przerwie do maszyny do pisania. Odebrałem przedwczoraj kasetę na lotnisku, stojąc w tłumie pątników, których dowiozły dwa samoloty z Rzymu, ale układ był taki, że najpierw przyleciał samolot chyba „Al Italia”, zaraz po nim „Air France” z Paryża, po czym „Lot” z Rzymu i jeszcze jeden „Lot” czarterowy też z Rzymu, spoceni księża, podniecone stada, „była nie tylko audiencja generalna, ale też prywatna”, witające rodziny i śpiewające chóry parafialne, wśród tego tylko torby z napisami francuskimi pozwalały orientować się, kto przybył z Paryża, ciasnota, zaduch, po około 2 godzinach miałem już odejść z niczym, gdy podeszła do mnie pani, która miała mnie rozpoznać i rozpoznała, podała mi kasetę i płytę i jakiś list do podania ludziom od pana Subocza [który już podałem].
Po powrocie do domu najpierw przesłuchałem czy płyta jest OK, gdyż po kasecie spodziewałem się tego, co nastąpiło i wolałem to odwlec jak najdalej, ale bez końca się nie dało, bo wielu ludziom muszę to zademonstrować i do dziś już niektórzy to widzieli. Przedwczoraj dzwoniłeś, że film jest „świetny”, a jeśli myślę inaczej, to mogę sobie myśleć. Elementarium psychoanalizy powiada, że wybuch wściekłości u pacjenta, jest sygnałem, iż psychoanalityk trafił w dziesiątkę. Można by więc mniemać, że Dziworski walnął w sam środek tarczy, a jeśli tak, to niech żyje Polska panowie. Nie tyle wkurza mnie tu przyprawianie mi gęby, bo każdy każdemu przyprawia gębę, a czasami przyprawiam ją sobie sam, ile fakt, że gębę przyprawił mi głupi buc, który najprawdopodobniej wszystkich dookoła uważa za takich samych głupich buców jakim sam jest, a więc otrzymałem gębę głupiego buca. Oczywiście głupota nie hańbi, lecz jak wiadomo jest przepustką do raju i rodzajem charyzmy, ale nie jestem pewien czy ten akurat typ głupoty miał na myśli Chrystus. Zarzucisz mi, że malując obrazy programowo „bez znaczenia” nie mam prawa zabraniać, by używano ich jako testów asocjacyjnych, w tym także dla głupców. Niby tak, ale jeśli owoc swych przemyśleń składają mi niejako „w hołdzie”, a taki przecież był tytuł filmu, to ma prawo trafić mnie tak samo szlak jak trafiłby Ciebie, gdyby bojówki jakiegoś Le Pena składały Ci codziennie „w hołdzie” kosze kwiatów w Sądzie czy na Sorbonie. Poza tym dziwię się Tobie, że przełknąłeś tak łatwo wiązankę anegdotycznych głupstw, które przyklejono do obrazów, jakie zamierzasz lansować w stylu „to nie są ruiny Warszawy itd.”. A więc są czy nie są? Ludzie uwierzą raczej Dziworskiemu niż Tobie, bo są leniwi i przyzwyczajeni przez TV raczej gapić się niż czytać. To zresztą co spostrzegły (nieuprzedzone) wszystkie osoby obce, którym już film pokazałem, to kołyska kiwająca się na grobowcu: „a więc ty malowałeś kołyskę z modelu z konkretnego grobowca? Myślałem, że z wyobraźni” - tak mniej więcej brzmiał zawsze wykrzyknik. Sceną z jakimiś dozorcami czy lumpami [na dodatek absolutnie dennie zagraną przez naturszczyków i całkiem nieporadną jako scena] czułem się - przyznam osobiście przez mistrza Dziworskiego dotknięty, podobnie zresztą jak moja żona, która w ogóle uważa, że to całkowicie deprecjonuje moje obrazy - no cóż skromność nie pozwala mi tak zareagować, ale coś z tego tam jest. To jest po prostu głupie, nieporadne, beznadziejnie prowincjonalne i nic z tego nie wynika. Skojarzenie typu: tu dupa i tam dupa. Wypada się tylko cieszyć, że na tę premierę nikt nie przyszedł, bo musiałbym się wstydzić, chociaż przecież nie ja to wypichciłem. Inne rzeczy mniej ostro mnie raziły, ale też nie widziałem absolutnie żadnego sensu i myśli porządkującej w całym materiale. W przybliżeniu natomiast pamiętam [z telefonów Dziworskiego do Ciebie] ile to wszystko kosztowało: tresowane kruki, dwaj asystenci po Polsce jeżdżą już od tygodnia taksówką, szukając kulki stalowej z łożyska o dużej średnicy, która ma się przesunąć po stole i olbrzymiego magnesu, który przesunie nią i co? Jest ta kulka na tle wazy z mózgiem, której na szczęście [na szczęście miewam nawet ja momenty proroczej jasności] nie podejmowałem się nosić w objęciach, jest ta kulka, przesuwa się za pomocą magnesu czy sznurka, ale zamiast niej, bez większej szkody, taksówki i asystentów, można by przesunąć nawet jajo na twardo posmarowane szuwaksem - czy na Boga nie widzisz, że wyłudzono od Ciebie bezczelnie forsę???? Nie zdziwiłbym się, gdyby tancerzami byli wuj i ciotka Dziworskiego, charakteryzatorem i krawcową jego żona, a trupem w kaplicy kuzyn, który potrzebował sobie dołożyć na małego fiata z Twojej kieszeni, więc zgodził się być za trupa - w ten sposób całość pieniędzy została jednak w rodzinie. Przepraszam, znowu przeszedłem na „Pan”, ale na razie będę się mylił - przed sekundą zadzwonił Glinicki pytając jak film mi się podobał. Ach kurka wodna! Nich żyje Polska panowie. Jeśli Żabojady tak właśnie odbierają moje obrazy, jak ja film Dziworskiego, to rzeczywiście należałoby sobie w łeb strzelić. Podobno, jak twierdzi teraz Glinicki, to Dziworski spalił przez nieostrożność 19-wieczny karawan z Muzeum w Łańcucie, co na razie traktuję jako złośliwą plotkę, ale jeśli to prawda, to już w ogóle nie wiem, co mam powiedzieć czy napisać. Do tej pory tytuł „Von der Wiege bis zum Grabe” kojarzył mi się z poematem Liszta, ale teraz na pierwszym miejscu jest Dziworski. I ja mu w tym pomogłem. Niech żyje Polska Panowie!, ale czy nie sądzisz, że film ten zakłada Ci po prostu dementi albo raczej Twej idei lansowania mnie jako faceta malującego obrazy „bez znaczenia”? Przecież Dziworski aha, aha, już o tym pisałem po przeciwnej stronie. Pomijam już całkowicie fakt, że nie tylko większość obrazów pokazano bez ram [jak wspominał Dąbal - jedyna jak sądzę jaśniejsza postać w tym dramacie, gdyż zdjęcia są bardzo dobre], ale na dodatek pokazano ich bezsensownie okrojone fragmenty. Np. krzyż na skale stoi nad wejściem, obiektyw jedzie w dół, jedzie, ale urywa swą jazdę przed dojściem do wejścia i jest cięcie na rozsypujący się kawałek muru. Obraz z trzema postaciami, z których jedna jest z przyłbicą, pokawałkowany jest tak, że nikt nie domyśli się, że jest to wszystko z jednego obrazu. Można pokazywać fragment obrazu, ale tylko wtedy, gdy doprowadza on jakoś do całości, inaczej jest to zbiór luźnych impresji powiązanych bez większego ładu i składu w 20 minutową niby-całość. Żadnej całościowej koncepcji! Przeciętny teledysk ma w sobie więcej sensu, a jak wiesz to przeciętny teledysk zbyt wiele sensu nie zawiera, ani też nie jest nadmiernie dopracowany. Spodziewałem się po Dziworskim głupstwa, bo faceta tak oceniałem od samego początku, ale spodziewałem się, że będzie efektowne i perfekcyjne, jak np. teledysk Eltona Johna. Tymczasem głupstwo nieefektowne to w ogóle gorzej niż głupstwo, to tylko płacz i zgrzytanie zębów. Można sklejać wszystko ze wszystkim i można wszystko sklejać z każdym fragmentem każdego obrazu i zawsze w takim wypadku na sklejeniach powstają jakieś napięcia, do tego naprawdę nie trzeba być filmowcem i kocić rzeczy przez przeszło pół roku, za tak ciężką forsę. Film Dziworskiego to wszystko sklejone z wszystkim. Wyszedł wg mojej opinii obrzydliwy zakalec. Amerykanie mogą sobie mówić „Powerfull”, na całe szczęście poza festiwalem w Zakopanem, gdzie być może Dziworski dostanie główną nagrodę [festiwal filmów o sztuce], w Polsce nikt tego nie zobaczy, bo przed polską TV [Kuduk już się dopytywał] film skutecznie obronią liczne genitalia z moich obrazów. To wszystko co wyżej to tylko do Twojej wiadomości. Oczywiście też Glinickiemu powiedziałem co o tym myślę, ale też prosiłem, by Dziworskiemu tego nie mówił. Ostatecznie to jego dzieło i byłoby bezwzględnością kopać je w sposób tak ostentacyjny. I to by było na tyle, jeśli idzie o Dziworskiego i film, który niestety obiecałem pokazać i udostępnić do obejrzenia wielu ludziom, teraz nie mogę się już od tego wykręcić. A mówiąc prawdę: wstydzę się go. No dobra.
...
No i to by było na tyle tego zapewne przykrego dla Ciebie listu, no, ale przecież nie mogłem udawać, że mi się film Dziworskiego podobał, skoro czułem się nim nieomal obrażony - początkowo myślałem, żeby swojej opinii Ci nie przekazywać, ale wreszcie (na Boga) nie masz żadnego obowiązku, by się z nią liczyć. Być może zresztą w eksploatacji zrobi on dobrą robotę, chociaż raz jeszcze pozwalam sobie być złym prorokiem - wierz mi, że mi się to już uprzykrzyło być złym prorokiem, szczególnie, że swymi proroctwami podkopuję ziemię pod własnymi nogami. W tym wszystkim np. nie rozumiem Ciebie: Tekst Nyczka wydał Ci się zbyt słaby, a film Dziworskiego genialny. Czyżbyś usiłował przekonać sam siebie, że nie wyrzuciłeś forsy w błoto? Trzymaj się kupy, serdecznie pozdrawiam i pięknie kłaniam Twej Żonie. Czy Jej się ten film też tak podoba jak Tobie?

Cześć

(monogram ZB) = Lord Dracula (tak chyba wypada się podpisywać po filmie Dziworskiego)

***

Warszawa 29.10.85.

Drogi Piotrze!

Przepraszam, że raz jeszcze wracam do filmu Dziworskiego, ale po naszej wczorajszej rozmowie telefonicznej postanowiłem [może to arcydzieło nie jest warte siedzenia nad maszyną - właściwie nie jest warte, ale akurat zakończyłem pracę na dziś i oczekuję spóźniającego się gościa, który ma oglądać ten film, a ponieważ rozmyślałem przy pracy cały czas na temat tego filmu i Twego doń entuzjazmu, to pewnymi rzeczami, które mi przyszły do głowy może warto się podzielić] dopisać to i owo. Jedna rzecz np. nasunęła mi się wtedy, gdy „wyjaśniłeś” mi, że twarz nad morzem ukazuje się dlatego pod koniec sceny z tańczącą parą, bo jest podobna do twarzy tancerza. Cudzysłów wynika stąd, że jest dla mnie rzeczą całkowicie zaskakującą, iż ma sens kojarzenie obrazu na tej zasadzie w filmie mającym ambicję być filmem o sztuce i że na dodatek bronisz takiego skojarzenia! Jeszcze gdybym przypuszczał, że Dziworski z fotokopią mego obrazu „czesał” Polskę Ludową pod kątem znalezienia podobnej twarzy... Nadal bym tego nie rozumiał, ale przynajmniej miałbym nadzieję, że był to wynik przemyślanej koncepcji. Obraz ten pochodzi z dawniejszego okresu, gdy byłem pod wpływem mistycyzmu wschodniego i bynajmniej nie odżegnywałem się w tym stopniu, co dziś od treści, a już stworzenie nastroju i atmosfery z zakresu nastrojów i atmosfer mistycyzujących podkreślone jeszcze zbiorczym tytułem „oczekiwanie” (Adwent) było moim celem, w tym samym stopniu, co namalowanie dobrej powierzchni... I nagle komuś ta twarz wydaje się podobna do pyska jego psa i fakt ten usprawiedliwia w jego oczach to porównanie i użycie tego porównania do filmu poświęconemu mi „w hołdzie”, który w zamiarze ma być na świecie promocją malarstwa, które przedstawia, oraz także w założeniu filmem o sztuce. [Trzeba na Boga, choć coś rozumieć ze sztuki lub przynajmniej ją odczuwać, by brać się za kręcenie filmów - przecież Kuduk, na którego się wybrzydzałem, w porównaniu z Dziworskim urasta do wymiarów Matterhornu]. Oczywiście można wszystko odczytać na poziomie kuchennych schodów, tak jak to zrobił Dziworski lub też nie odczytać w ogóle, a tylko stwarzać pozory, puszczając dymy, paląc karawany.... Czy nie lepiej było po prostu zrezygnować z interpretacji [jeśli się jest absolutnie ślepym i niewrażliwym] i po prostu nakręcić same obrazy? Jak już mówiłem film ten uważałbym za bezdennie głupi, ale „do przyjęcia”, gdyby nie odpychająca mnie scena z babkami klozetowymi i lumpami w jakiejś melinie. Pomijam już całkowitą niekoherentność tej sceny z każdym po kolei cytowanym do niej obrazem. Być może jeden jedyny rysunek [niekoherentny zresztą z całą resztą i pochodzący z okresu, w którym przez cały czas jakiś skłaniałem się ku ekspresjonizmowi] byłby treściowo zbliżony do tego, co pokazał Dziworski, ale po pierwsze jest to dobry rysunek, a Dziworski zderzył go z całkowicie puszczoną, denną filmowo i nieporadną aktorsko scenką, po drugie ten rysunek nie jest w najmniejszym stopniu powiązany z resztą demonstrowanych tam obrazów jak i rysunków. Dlaczego mnie to tak zirytowało? Owóż nade wszystko chyba nienawidzę chamstwa i to chamstwa w znaczeniu: oglądania chama, obcowania z chamem, problemów chama, otoczenia chama i wreszcie chama samego jako takiego. Nie chama w znaczeniu przenośnym lub moralnym, lecz chama jako warstwy socjalnej - potrafię wyjść z dobrego, a nawet bardzo dobrego filmu, jeśli poświęcony jest życiu i problemom chamów, nie cierpię książek na ten temat i widać to chyba z każdego mojego obrazu, wynika to z każdej mojej wypowiedzi, trzeba być chyba całkowicie ślepym i głuchym, by tego nie odczuć! Był taki grafik Beardsley [ilustrował między innymi „Salome” Wildea]. Obsceniczność jego niektórych grafik przewyższała pięciokrotnie to, co robię lub robiłem ja, ale nie było to chamstwo. Nie były to baby klozetowe, śmierdzące gacie, śmieciarze i ogórek kiszony! Obsceniczna była także dekadencja wiedeńska z przełomu wieku i grafika secesyjna, ale chyba nie zechcesz zaprzeczyć, że nie ma w mym malarstwie obsceniczności typu klozetowego. A u Dziworskiego jest. Wydaje się, że genitalia kojarzą mu się tylko ze sraczem, bo tylko tam stykał się z ich piktograficznym odzwierciedleniem. Ja nie twierdzę, że on nie ma prawa do własnego spojrzenia na obscenę, ale twierdzę, że nie ma prawa kojarzyć tego ze mną. Być może gdyby kręcił film o Otto Dixie, lub o George Groszu, lub o Katte Kolwitz, lub w ogóle o ekspresjonistach z okresu kryzysu lub o realizmie krytycznym. Oczywiście ta scena nigdy nie byłaby dobra skoro jest nieporadna i zła, ale przynajmniej, może byłaby koherentna w stosunku do tego, z czym zostałaby zestawiona. Moje obrazy zostają tylko w ten sposób obsmarkane przez głupka -związek jest żaden! Równie sensowne byłoby ilustrowanie nokturnów Chopina przy pomocy wody kapiącej do pełnej miski klozetowej. Jest to też skojarzenie proste, gdyż dźwięki fortepianu mimo swej abstrakcyjności mogą od biedy przypominać kapiącą wodę. W zasadzie Chopin też nie miałby podstaw, aby protestować, bo nie sprecyzował jasno co „oznacza” muzyka w jego nokturnach, no i wreszcie nie mógłby udowodnić, że jest Duchem Czystym, który nigdy nie miał rozwolnienia. Ale przecież byłoby to idiotyczne i chamskie!! I tak samo odbieram Dziworskiego. Nie wiem, co znaczą moje obrazy, ale wiem, że to, co mi on wykręcił, jest dla mnie obce, obrzydliwe i spycha mnie w dół. Pierwsze skojarzenie Tomka brzmiało „Fellini dla ubogich duchem”. Rzadko się z nim zgadzam, ale tym razem trafił w dziesiątkę.
Mówiłem parokrotnie i jest to gdzieś nagrane na naszych taśmach, że ten, kto „ustawi” na jakiś temat dyskusję jako pierwszy, nadaje jej kierunek na długie lata lub też w sposób, który pozostaje już na zawsze nienaruszony.
Myślę, że właśnie to się stało przy pomocy tego filmu. Ale to nie Ty ustawiłeś dyskusję wokół mojego malarstwa, lecz idiota Dziworski. Na dodatek widać, że skręcił to wszystko i skleił na chybcika w akcie rozpaczy, aby jakoś usprawiedliwić wygospodarowane środki i zdążyć na termin. Z całego filmu akceptuję tylko Służew nad Dolinką, siebie przy sztalugach i moje obrazy. Nigdy do tej pory po żadnym z filmów nie odczuwałem takiego sprzeciwu, być może dlatego, że nikt nie posługiwał się moimi obrazami by pokazać siebie i czuję się wkurwiony, że posłużyłem jako tło takiemu bałwanowi, by mógł ukazać światu głębiny swej psychiki. Przyznam się, że od początku tego się obawiałem, [co chyba zauważyłeś, gdy wspominałem o Dziworskim i jego filmach], ale sceny z babkami klozetowymi nie oczekiwałem w najkoszmarniejszych snach! No to tyle żalów - więcej do tego tematu nie powrócę.

Trzymaj się.

Zdzisław

***

Paris, le 1 novembre 1985

Drogi Mistrzu

...
Powracam krótko do sprawy filmu Dziworskiego. Nie tyle po to by wznowić o nim dyskusje, bo tą obaj uważamy za zamkniętą, ile by zarejestrować na piśmie to, co się powiedziało przez telefon a czego nie mam zarejestrowanego na taśmie (o ile Ty nagrałeś nasze rozmowy o filmie bardzo proszę nie kasuj ich i przebij mi je na zwykłe kasety magnetofonowe).
Otóż po przesłaniu Ci kasety video z filmem Dziworskiego, dwa dni potem zadzwoniłem do Ciebie z intencją krótkiego poinformowania się czy film Ci się podobał czy nie. Rozmowa miała być dwuminutowa a była chyba półgodzinna. Filmem byłeś wręcz oburzony, (czemu zdaje się dałeś wyraz na piśmie w dwóch listach, które są w drodze). Ponieważ w tych listach wyszczególniłeś zarzuty, jakie stawiasz filmowi i zwłaszcza Dziworskiemu nie ma potrzeby bym reasumował je po naszych rozmowach telefonicznych. Natomiast zreasumuję to, co ja powiedziałem, a co wraz ze słowami uleciało w kosmos:
Osobiście film podoba mi się. Wydaje mi się oddawać to, czego chyba nie bardzo lubisz w twoim własnym malarstwie, ale co na pewno w nim istnieje (mimo moich publicznych zapewnień o jego „braku znaczenia”): jego straszność oraz to, co z pewnością w Twym malarstwie przyznajesz: jego potęgę. Poza tym ów film w 50 % czasu swego trwania pokazuje (technicznie w sposób poprawny, choć z za małą ilością planów ogólnych) twoje obrazy, co nie jest rzeczą obojętną. Z pewnością nie jest on „elegancko zrobionym clipem” (tak jak to sobie wyobrażałeś), lecz tworem niezależnym i choć stworzony został jako wspornik wystawy na pewno nabrał swojego własnego życia i nim będzie żył. Powiedziałem Ci również, iż zarówno moja żona, (o której zdanie zapytałeś) jak również dziesiątki znajomych - w tym ludzi wyrobionych, umiarkowanych i zrównoważonych uznali ten film za świetny. Powiedziałem Ci również, iż problem istotny nie leży jednak w tym, co myślą moi znajomi o filmie i co o nim myślę ja lub moja żona. Problem prawdziwy można sformułować następująco:
-primo - czy Ty, jako w końcu najważniejsza w tym wszystkim osoba, zażądasz i czy ja jako producent filmu będę mógł się na to zgodzić, by film wycofać z rozpowszechniania. Na szczęście nie postawiłeś mnie przed tym dylematem i takiego żądania nie postawiłeś. Korzystam więc z okazji by jeszcze raz podkreślić jak cenię to, iż mogąc sobie pozwolić na najróżniejsze wymagania w stosunku do mnie, nie utrudniasz mi pracy (z małymi wyjątkami) wymaganiami na które pozwalają sobie często ludzie wielkiego talentu i małego ducha w stosunku do swego, nawet najbardziej im oddanego otoczenia.
-secundo - czy obiektywnie (a więc niezależnie od twego lub mojego odbioru jego walorów) film spełni funkcję do jakiej został powołany: czy stanie się efektywnym a nie szkodliwym lub przynajmniej niezręcznym wektorem twego malarstwa. Na ten temat - zanim rzeczywistość sama przyniesie odpowiedź z czasem - odpowiedzieć z pewnością nie możesz ani Ty ani ja. Tę odpowiedź mogą dać tylko ci, do których ten film jest skierowany: adepci twego malarstwa, jego admiratorzy lub potencjalni spektatorzy. By operować elementem obiektywnym w dyskusji wyświetliłem film w wynajętej sali kinowej „Studio Christine” przed publicznością 42 osób anonimowych, które dowiedziały się o seansie z ogłoszenia w galerii i z prasy. Po seansie przedstawiłem się i wyjaśniłem, iż na temat filmu, który widzieli istnieje bardzo poważna rozbieżność zdań, w której między innymi opinia spektatorów powinna być wzięta pod rozwagę. W związku z tym zadałem im dwa pytania prosząc o odpowiedź na każde z nich przez „tak” lub „nie”. Dyskusja była z przyczyn technicznych (wynająłem salę tylko na godzinę) niemożliwa.
Pierwsze pytanie brzmiało: „czy film, który zobaczyliście jest dobrym filmem czy nie”. 38 osób odpowiedziało „dobry” a 3 odpowiedziały „niedobry”. Drugie pytanie brzmiało: „czy film przynosi malarstwu Beksińskiego ujmę i oddaje złą usługę (w szczególności ogałacając je z jego mistycyzmu, a imputując mu wulgarność i anegdotyczność) czy nie?” Na to pytanie 15 osób odpowiedziało „nie przynosi ujmy” a 3 odpowiedziały, iż „przynosi ujmę”. Ponad połowa sali (24 osoby) wstrzymały się od głosu. Zadałem więc trzecie pytanie, tym razem bez podnoszenia ręki „czy mam interpretować fakt tak licznego powstrzymania się od głosu jako opinie, iż takie pytanie nie ma sensu i nie można na nie odpowiedzieć „tak” lub „nie”. Odpowiedziano mi gremialnie, iż tak właśnie należy interpretować powstrzymanie się od głosu. Dodaję, iż pytania sformułowałem w ten sposób po telefonicznej z Tobą rozmowie, w której określiłeś film jako „głupi”, „obraźliwy” dla Ciebie. I co z punktu widzenia działania najważniejsze, jako mylący ludzi, co do istoty twego malarstwa.
Tyle fakty, które chciałem zanotować po naszych rozmowach telefonicznych, a o których zawiadomiłem Cię ustnie.
Co do dyskusji nad nimi nie wydaje mi się być warta wznowienia. Z punktu widzenia akcji (ten punkt ma dla nas obu największe znaczenie i jesteśmy zgodni, iż w ten sposób trzeba na rzeczy spojrzeć) istotne są dla mnie dwie rzeczy: to, że Ty nie sprzeciwiasz się dalszemu rozpowszechnianiu filmu, plus to, że jak na razie nie wydaje mi się, żeby publiczność odbierała film w kategoriach ujmy lub chluby dla twego malarstwa. Jedno i drugie mogłoby stanowić wyrok śmierci dla filmu. Cieszę się więc, iż mogę przystąpić do prób jego rozpowszechnienia, bo przyznam, iż pieniądze jakich z niego oczekuję są absolutnie niezbędne mnie dla spłacenia mych długów, a nam obu do dalszego posuwania całego przedsięwzięcia.
Wreszcie co do samego Dziworskiego, już wielokrotnie powiedziałem Ci, iż nie mam żadnych złudzeń, co do jego ludzkich jakości i tak jak uważałem uważam, iż wzbudzać może raczej wstręt swą chciwością, pieniężnymi krętactwami i nieuczciwościami w zarządzaniu pieniędzmi, które mu powierzyłem, a których więcej niż połowę wsadził sobie do kieszeni. Darowałbym mu to jednak gdyby choć był zabawny, błyskotliwy lub inteligentny. Niestety jest nudny, głupi i prymitywny. Co do jego talentu również nie zmieniam zdania i wyraźnie oddzielam go od reszty: jest to świetny reżyser robiący znakomite filmy.
...

Pozdrawiam Cię najserdeczniej

Piotr

***

Warszawa 19.11.85.

Drogi Piotrze!

Miałem już nie wracać do dzieła mistrza Dziworskiego, ale ponieważ wczoraj w telefonie zgadało się na temat jego rozpowszechniania, to chciałem raz jeszcze podkreślić, że o ile by choć 500 dolarów miało się zwrócić, to oczywiście ja nie mam nic przeciwko temu, bo to jest twój film w sensie własności, a to, co mówiłem i pisałem na jego temat jest moim odczuciem urazy [to może niewłaściwe słowo] w stosunku do Dziworskiego i moją [niezależną od tego odczucia - gdyż nawet zdecydowany paszkwil na swój temat potrafiłbym ocenić obiektywnie, możesz nie wierzyć jeśli nie chcesz] oceną filmu jako filmu. Jeżeli jednak sądzisz, że wycięcie sceny z naturszczykami zmieni kwalifikację tego filmu jako filmu, to chciałbym tu podpowiedzieć, że być może się mylę (człowiek jest omylny), ale wydaje mi się, że jakości tego filmu nic nie jest już w stanie poprawić w taki sposób aby wróciły się pieniądze włożone w sam akt poprawiania - skądinąd tak po prostu wyciąć to się nie da, trzeba by raz jeszcze przemontowywać, gdyż ścieżki i obrazy nie pokrywają się w sensie geometrycznym, a to byłyby znaczne i w moim odczuciu zmarnowane pieniądze! Ta scena mnie osobiście dotknęła, ale to nie znaczy, że jej usunięcie zmieni sam film jakościowo. Oczywiście zakładamy od razu, że nie oceniam tego filmu jako filmu „o sztuce”, bo byłoby to bez sensu, gdyż film oceniany w tych kategoriach wykazuje, że kręcił go facet, który o tym, co wziął na warsztat ma teki pojęcie, jak ja o dogmatach szyickich o ile takowe istnieją. Już fakt, że nie pokazał żadnego obrazu w całości wskazuje na to, że posłużył się przedmiotami, [co wałkowaliśmy bez końca w naszych rozmowach] bez istotnego znaczenia, malowanymi tylko po to, że jeśli się maluje krajobraz czy człowieka, to coś trzeba jednak namalować z wyjątkiem koloru, na czymś ten człowiek musi stać lub siedzieć, coś musi znajdować się za jego plecami i na jego głowie i pod jego stopami i te pe i te de. Nie powtarzam tu rzeczy, jakie nagrywałeś, spisywałeś, uściślałeś setki razy, aż do wyżyłowania mnie na śmierć, bo wystarczy byś w tym celu zajrzał do notatek lub odsłuchał taśmy. Przecież pamiętasz zapewne, że oceniłem, iż niewielkie odcięcie kawałka fałdów i kawałka fal na obrazie reprodukowanym w katalogu już wprowadza dysharmonię i brak równowagi w to, co jest „obrazem”. Informacja dotycząca fragmentów obrazów, których całości nigdy nie widzimy, a jeśli nawet to w kilku małych fragmentach, oddzielonych od siebie w filmie tak, że niepoinformowany widz w ogóle nie kojarzy ich w całość, może być interesująca wizualnie, ale ma tyle samo sensu, co przysłowiowe pasowanie kapelusza na nogę. Czyli dajmy sobie spokój z oceną tego filmu „jako filmu o sztuce” - jest to jakiś bezsensowny kolaż z fragmentów moich obrazów - bezsensowny z punktu widzenia krytycznej interpretacji tego, o czym mówi. Facet ukazuje na cokole coś, co jest rudymentem, tak jakby właśnie to stanowiło istotę rzeczy. Wypadałoby więc ocenić film od strony ściśle profesjonalnej. Jest on wtedy nierówny. Odnosi się wrażenie, że pewne koncepcje zostały zrealizowane [czy są w najlepszym stylu, to inna sprawa] a więc sekwencja na Służewiu, sekwencja z kołyską i krukami, z tym, że nie wiadomo, dlaczego druga z nich połączona jest z kilkoma mymi obrazami, wystarczyłby jeden obraz, ten z kołyską, bo to się wizualnie tłumaczy - fakt, że Dziworski nie dostrzegł pastiszu i ironii w tym obrazie, nie jest jak mi się wydaje specjalnie dziwny, bo jego cienkość [„pójdziemy na cienkość” powiedział mi przed około rokiem] jest tego wymiaru, jaka jest - nie można wymagać od kury, by fruwała pod chmurami. Pozostałe jednak fragmenty filmu są połączone tak ze sobą, jak z obrazami, jak wreszcie z muzyką, na zasadzie całkowitego przypadku, zmontowane na zasadzie mechanicznego sklejenia i zastosowane do filmu na zasadzie siana, którego celem jest wypełnienie metrażu. Montaż, którego entuzjastą mienił się być Dziworski jest dla wtajemniczonych zabawą „muzyczną”, kierującą się wewnętrzną spójnością, rytmiką, płynnością, kompozycją kolorystyczną i przestrzenną, wzrostem i spadkiem napięcia, jego stopniowaniem, wygaszaniem, wzmaganiem. Nic z tego nie ma u Dziworskiego - dwa czy trzy chwyty dźwiękowe i całkowita mistyfikacja, która nie ma w sobie nawet legendarnego uroku fortepianowych „chlustów” Witkacego. Możesz wziąć dwa video, (bo to zabawa tania i dostępna) i z jednego na drugie przegrać film Dziworskiego, zachowując całą „boską” strukturę dzieła, ale wymieniając moje obrazy na całkowicie inne: te z ujęcia trzeciego dając do ósmego, a z piętnastego do pierwszego, całość będzie taka sama jak była, ani lepsza ani gorsza. W filmach Hitchcocka, Felliniego, Wellesa i innych czuje się w każdym fragmencie ich styl uwidoczniony głównie w montażu - można to bezbłędnie ocenić i zakwalifikować - u Dziworskiego (w tym konkretnie filmie) jest po prostu jakiś fragment koncepcji, wklejonej potem w kupę drętwego mistyfikacyjnego siana. Część tego siana na dodatek jest dla mnie obrzydliwa, jeśli nie obraźliwa, ale o dziwo WSZYSCY moi znajomi i przyjaciele niestymulowani w żaden sposób przeze mnie, tak to zobaczyli [jako obraźliwe] stąd w ogóle ośmielam się o tym pisać, gdyż w zasadzie tyle głupstw słyszę na temat moich obrazów, że nie powinno mnie „obrażać” jedno więcej. Tak więc sądzę, ze ocena negatywna tego filmu jest sprawa pewną we wszystkich stacjach TV, którym to prześlesz i żadne montowanie ponowne nie wystarczy by tę ocenę zmienić. Jest to film o nikim, [bo kto to jest Beksiński - z filmu tego nie można się dowiedzieć] i co gorsza o niczym, bo właściwie nie wiadomo jak określić jego dramaturgię, której po prostu nie posiada. Żartobliwie nazwałem go tytułem kompozycji Liszta „Von der Wiege bis zum Grabe” [od kołyski do grobu], ale to tylko przypadkowy układ niektórych fragmentów mych obrazów. Jeśli byłby to teledysk znanej piosenki to [bywają one czasami okropne] od biedy dałoby się to sprzedać na tej zasadzie, że ludzie znaliby piosenkę. Jeśli byłoby dramaturgicznie sensowne i spójne, można by to sprzedać jako po prostu film posługujący się obrazami. Tak jak jest, jest to NIC i trzeba to jasno powiedzieć! Nie wiadomo dlaczego tu się zaczyna, a tu się kończy, mogłoby zaczynać się później lub wcześniej, a kończyć wcześniej lub później - bywają takie kompozycje pop music elektronicznej [Klaus Schulze np] których boski bezsens kompozycyjny limituje ograniczony metraż płyty. Jest to kompozycja-kiełbasa, którą odcina się z metra tyle, że Schulze jest milszy w percepcji od Dziworskiego. Ten bezsens kompozycyjny Dziworskiego zauważyła nawet taka młoda osoba, jak córka mego kuzyna, a przecież nie sugerowałem jej tego. To, że film ujęty jest klamrą tego samego obrazu, nie jest jeszcze myślą kompozycyjną. Myśl taka musiałaby polegać na celowym i dostrzegalnym poprowadzeniu jakiegoś wątku lub nawet kilku wątków tak, aby można było je wyodrębnić, nazwać, mówić na ich temat et c. Nie wiem „co” jest namalowane na moich obrazach, ale w każdym jest przeprowadzona określona koncepcja od początku do końca, może być to zrobione lepiej lub gorzej, może się podobać albo nie, ale nie wypuszczam z pracowni obrazów, których jedyną dającą się określić cechą jest zamalowanie całej płyty pilśniowej od rogu do rogu. W związku z powyższym każda komisja zakupów, w każdej stacji TV, jeśli w ogóle poważnie rozpatrywałaby taką ofertę, musiałaby wiedzieć, kogo do cholery z wyjątkiem Beksińskiego, (którego nikt nie zna) może zainteresować ten koks? Ten zresztą, na szczęście jedyny moment, gdy pojawia się moje nazwisko [a ktoś może sądzić, że idzie o producenta farb lub nazwę miasta, lub w ogóle rzecz przeoczy] jest przyczyną główną, że „olewam” fakt, iż to Wielkie Nic ma za zadanie rozsławiać mnie od niewłaściwej strony na szerokim świecie. Gdyby mi rodzima TV zademonstrowała jakieś, „Hommage à Iang-Tsu-Szi“ to po jego obejrzeniu, nawet gdyby mi mignęła w środku odęta gęba i oko jakiegoś Kitajca, zapomniałbym tak nazwiska jak i fragmentów niesprecyzowanych obrazów. Tak więc nikt, ale to nikt nie zachowałby ani mnie ani mych obrazów w pamięci, nawet wtedy gdyby wyświetliły to do piosenki Bruce Springstena wszystkie telewizje świata, a w konkretnym przypadku możliwość jest miliony razy mniejsza i wypada [przynajmniej mnie] cieszyć się z tego. Mam nadzieję, że wypowiedziałem się teraz bardziej chłodno - zresztą obecnie jestem już chłodny i moja furia minęła mi. Była ona spowodowana raczej faktem, [czego nie ocenisz], że ten buc Cię wyrolował jak jelenia, a Ty jeszcze klaszczesz i cieszysz się, że tak Ci się udało! Do dziś jest to dla mnie niepojęte, z tym, że niepojęte jest też dla mych znajomych, którzy jednak dosyć gremialnie [nawet Tomek] oceniają to jako dobrą minę do złej gry, czyli „musi trzymać fason, bo by inaczej szlag go bardziej trafiał, że tyle forsy wywalił w błoto”. Rozzłościła mnie też świadomość, że kosztowało to aż tyle forsy. W Warszawie w lecie powiedziałeś, że „kosztowało to już około 11.000 zielonych” potem doszły zdjęcia w Paryżu, kopia w studio Eclair et c, tak, że finalnie oceniałem rzecz na 15.000 zielonych. Można rozmaicie oceniać moją pracę i moje obrazy, a co do ich chodliwości jako towaru nie wprowadzałem Cię chyba ani przez chwilę w błąd, tym niemniej wydaje mi się, że za taką samą forsę jak kosztował film Dziworskiego dałem Ci jednak najlepsze obrazy z okresu półtorej roku rzetelnej bardzo ciężkiej pracy... Trudno to wyrazić, ale jakoś czułem się poniżony faktem, że w tej samej cenie ten głupi buc skręcił w kilkanaście dni, „na chybcika” tan ponury gniot wywołują Twój entuzjazm. Oczywiście wiem, że tak tego nie oceniasz w kategoriach artystycznych, ale tak to jednak mimo woli wyszło w kategoriach finansowych i to mnie dotknęło! No to by było już chyba wszystko na ten temat - rzecz w ogóle nie warta jest takiego aż pisania i naprawdę nie chciałem już do tematu wracać, ale myśl, że nagle chcesz do tego jeszcze dopłacać i przemontowywać w nadziei, że z „Malego Wladzia and his Orchestra” zrobi się Ludwig van Beethoven, skłoniła mnie do tak obszernego i zapewne bezskutecznego [jak Cię znam] odradzania Ci tej roboty. Niech już zostanie jak jest. Na marginesie całej sprawy to wyszła ona tak jak wyszła chyba też dlatego, że nie chciałem się poprzednio wtrącać, w ten sposób jak to robię w tej chwili. Pewne rzeczy naprawdę decydowałeś w moim odczuciu bez zasięgnięcia choćby mojej rady [tak jak to pierwsze liternictwo - gdy coś w grudniu ubiegłego roku usiłowałem bąknąć, powiedziałeś, że „już jest za późno na zmiany”] w ten właśnie sposób pojawił się nagle Dziworski. Tymczasem w Polsce poprzednio kilka liczących się osób wspominało mi o zamiarze kręcenia filmu na mój temat, oczywiście nieostro, w rozmowie towarzyskiej, oczywiście bez sensu byłoby ich chwytać za guzik i od razu żądać, by to robili już tu i teraz, ale gdyby Dziworski nie pojawił się nagle w jesieni ub. roku na lotnisku z płytami pod pachą i z Twoją rekomendacją, że: „płyty przywiezie reżyser Dziworski, który będzie o Panu film kręcił”, lecz gdyby cała sprawa byłą decydowana wolniej, ja wskazałbym ewentualne nazwiska, Ty byś z tymi ludźmi pogadał, być może w ogóle wszystko nic by Cię nie kosztowało z wyjątkiem jakiejś materialnej zachęty do kieszeni któregoś z tych ludzi, by film ten potraktowali w swym terminarzu priorytetowo - oczywiście nie gwarantowałoby to arcydzieła, ale jak sądzę przynajmniej rzetelną pracę - można by było te rzeczy robić powoli, niższym kosztem, nie precyzując terminu wystawy i przystępując do niej dopiero gdyby wszystko inne było już gotowe i zapięte na ostatni guzik.
Mniejsza o to - czasu nie cofniemy, moglibyśmy uczyć się na błędach, gdyby było, za co, bo jak wynika z Twojej mowy (wczoraj przez telefon) to nie bardzo jest za co....
....

Pięknie pozdrawiam Ciebie i Twoją Panią.

Zdzisław
« powrót

język | wybór strony | Przewodnik po Muzeum | Wstęp do Muzeum | Sale Muzealne | nowości | biblioteka | filmoteka | fonoteka | wspomnienia

forum | księga gości | o galerii | o właścicielu galerii | linki | logowanie | kontakt | webmaster | tło muzyczne